Już na trzecim roku studiów postanowiłam zrobić sobie rok przerwy (powinnam
napisać gap year, żeby być bardziej international?), między licencjatem, a
magisterką. Skończyłam studia w maju, w czerwcu byłam już w Stanach, jednak
wiedziałam, że we wrześniu muszę wrócić i zrobić coś ze swoim życiem.
![]() |
| Drzewa pomarańczowe na mojej ulicy |
Wpisywanie się na listy mailingowe i dostawanie milion spamu codziennie w końcu mi się opłaciło i tym sposobem znalazłam gdzieś w mojej skrzynce mail z możliwością wyjazdu na stypendium z walijskim programem Leonardo. Miesiąc kursu językowego i dwa miesiące praktyk w wybranym przez siebie sektorze, wszystko sponsorowane przez Unię Europejską. Na początku pomysł odrzuciłam, bo był to program dla osób studiujących, pracujących lub mieszkających na terenie Walii (z której na szczęście się już wyprowadziłam), ale potem stwierdziłam – czemu nie? I tak, w przerwach w pracy, przez jakieś trzy tygodnie (bardzo mi się nie chciało) wypełniałam aplikację na wyjazd do Niemiec od połowy stycznia. Jak bardzo nienawidzę aplikacji i faktu, że w 80% to od nich zależy czy w ogóle ktoś spojrzy na twoje CV? Bardzo. Europass CV, potem formularze, preferencje wyjazdu, doświadczenie, mocne słabe strony, potem jeszcze parę papierków. Wszystkie dokumenty wysłałam pod koniec września, a po miesiącu dostałam zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną.. w Walii.. Za 6 dni. Wszystko byłoby o wiele prostsze gdybym naprawdę mieszkała w Walii jak tego ode mnie wymagano. No cóż.
Ucieszyłam się bardzo, że mogę odwiedzić ten koniec świata jeszcze raz, i kupiłam
chyba najdroższy bilet w swoim życiu na parę dni później. Rozmowa kwalifikacyjna
to była tak naprawdę zwyczajna rozmowa, o tym dlaczego aplikuję i co powinnam
zmienić w swoim formularzu, żeby na pewno dostać się na program. Cały wyjazd
uznałabym za bezsensowny, gdyby nie Jane, moja opiekunka, która zadała mi
pytanie: Dlaczego nie Hiszpania? No właśnie, dlaczego nie? Plan był taki, że
razem z Tomim wyjedziemy do Niemiec, on do pracy, ja na staż. Niestety, jak to
bywa z planami, wszystko się poplątało, Tomi wylądował w Polsce, a ja zmieniłam
miejsce wyjazdu. Po rozmowie, jako, że byliśmy już w Walii, postanowiliśmy
odwiedzić Aberystwyth, miejsce w którym studiowałam. Padało, było zimno, więc
nic nowego.
![]() |
| Pierwszy spacer w Sewilli |
W połowie listopada dostałam wiadomość, że zostałam przyjęta do Sewilli i
Hamburga, i wtedy już mogłam wybrać. Wybrałam Hiszpanię jednak tak się stało,
że od października mieszkałam i pracowałam już w Budapeszcie, więc cały proces
aplikacji trochę się przedłużył (pozdrawiam pocztę) - musiałam przejść test językowy, napisać list motywacyjny po hiszpańsku i wypełnić parę niezbędnych formularzy (np. czy jestem w stanie mieszkać z psem i czy złamałam kiedyś nogę).
Koniec końców – dostałam bilety, adres mojego mieszkania w Hiszpanii, trochę porad jak ułożyć sobie życie na nowo (prościej niż by się wydawało) – i już 1ego lutego siedziałam w samolocie do Sewilli.
Koniec końców – dostałam bilety, adres mojego mieszkania w Hiszpanii, trochę porad jak ułożyć sobie życie na nowo (prościej niż by się wydawało) – i już 1ego lutego siedziałam w samolocie do Sewilli.
Na miejscu, razem z innymi uczestnikami programu, zostałam odebrana przez Miguela, który nie mówił po angielsku, no a ja, hm, nie ma się co oszukiwać - nie mówiłam po hiszpańsku - jednak mój język migowy był na wystarczającym poziomie, żeby mu powiedzieć gdzie mamy jechać i zapytać czy mógłby mi pomóc z walizką.
I tak zaczęła się moja Wielka Hiszpańska Przygoda, która kończy się już za miesiąc i o której zaczęłam pisać za późno, bo jak zwykle nic już nie pamiętam. Typówka.
I tak zaczęła się moja Wielka Hiszpańska Przygoda, która kończy się już za miesiąc i o której zaczęłam pisać za późno, bo jak zwykle nic już nie pamiętam. Typówka.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz