środa, 16 kwietnia 2014

Grzyby zamiast samochodów w centrum Sewilli, czyli Metropol Parasol.

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się (a każdy na pewno się kiedyś zastanawiał) gdzie może znajdować się największa na świecie drewniania  konstrukcja to Wam powiem: w samym centrum Sewilli.

Metropol Parasol zaprojektowany przez niemieckiego architekta Jurgena Mayera został zbudowany w 2011 w miejscu dawnego obskurnego (podobno) parku samochodowego. Mieszkańcy Sewilli nazywają go Grzybami (las Setas) i nie są z niego specjalnie zadowoleni. O ile nazwę Grzyby całkiem rozumiem, tak niechęci do nich - nie za bardzo. Ja osobiście uwielbiam to miejsce, tak inne od secesyjnej i barokowej architektury, białych domów i czerwonych dachów.



W podziemiach budynku znajdziemy muzeum archeologiczne, na około niego bary i sklepy, a na szczycie - restaurację i taras widokowy. Wstyd się przyznać, ale uwielbiam tarasy widokowe - to moje ulubione atrakcje turystyczne. O ile widok z Metropol Parasol ten nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia (o wiele lepszy punkt znajduje się na wieży w Katedrze) tak sam punkt widokowy jest niesamowity.


Cały Parasol jest pokręcony i ogólnie sprawia wrażenie, jakby nie miał sensu. Pewnie dlatego go lubię.


Dodatkowo, co rzadko się zdarza, Parasol wygląda zjawiskowo zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy, kiedy to przeistacza się w jedną wielką imprezownię. (No dobra, może nie widać tego na zdjęciach, ale uwierzcie mi, że zawsze jest tam kadżylion ludzi).




Koszt biletu na taras widokowy to 3 euro (koszt inwestycji w Metropol Parasol to zaledwie 90 milionów euro, zwróci się) w co wliczony jest drink w restauracji. 

PS. Dziś w Sewilli jest zimno i mgła. Co się dzieje z tym światem??

niedziela, 13 kwietnia 2014

Moje Ulubione Miejsce w Sewilli: Alkazar.

Słowem wstępu:

Od dwóch miesięcy mieszkam w Sewilli. A raczej - od dwóch miesięcy uciekam przed słońcem, jem oliwki i piję wino. I trochę pracuję. Najbardziej jednak uciekam przed słońcem. Nie byłabym sobą, gdybym przed przyjazdem nie przeczytała o tym miejscu wszystkich możliwych przewodników i nie zrobiła sobie listy miejsc, które chcę zobaczyć. Real Alcazar był na miejscu pierwszym i w moim osobistym rankingu na miejscu pierwszym pozostanie, jako że jest już bez wątpienia Moim Ulubionym Miejscem ever.


Alkazar, a raczej El Real Alcázar de Sevilla, mieści się w samym centrum historycznej/turystycznej części Sewilli, pięć kroków od katedry. Podczas pierwszego miesiąca przechodziłam obok niego codziennie wracając z zajęć hiszpańskiego, a co poniedziałek, korzystając z faktu, że wejście jest za darmo, spędzałam w nim parę godzin. To jedno z nielicznych miejsc, które za każdym razem wzbudza mój zachwyt i które chyba nigdy mi się nie znudzi (a to wcale nie jest takie proste). 


Alkazar to kompleks budynków królewskich - swoją drogą ciągle używanych - wpisany na listę UNESCO w 1987. Miejsce, w którym spotyka się tak wiele epok, kultur i styli architektoniczych, że wydawałoby się że nic nie będzie do siebie pasować. A jednak, nie wiem jakim cudem, wszystko współgra ze sobą i sprawia, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam w swoim życiu. To prawda, nie widziałam tak wiele, ale daję słowo, ciężko będzie je przebić.


Alkazar przechodził z rąk do rąk od samego początku. Zbudowany w X wieku przez Maurów, zarządzany później przez Almorawidów i  Almohadów, w roku 1248 został przejęty przez chrześcijan stając się rezydencją królewską. To tutaj Piotr I stawał się Okrutny, urządzał przyjęcia dla swoich kochanek i jadał pomarańcze, z drzew zasadzonych we wnękach, żeby podczas zrywania owoców nie musiał się schylać (serio). To on postanowił też przebudować Alkazar i to dzięki niemu możemy podziwiać teraz to, co zostało.

Piotr I bawiąc się w architekta postanowił urządzić swój pałac w stylu mudejar, przewożąc fragmenty islamskich budynków, wykładając komnaty płytkami (każda komnata to inny wzór płytek !) i ozdabiając wszystko złotem (ciśnie mi się na usta, przepraszam: kto bogatemu zabroni?). To on kazał zbudować podziemny basen dla swojej ukochanej Marii, który był schronieniem podczas 50cio stopniowych upałów, a także wyrazem miłości - Maria de Padilla była tylko jego kochanką i czasem bywała zazdrosna o jego żony. No cóż.


Ale to wszystko nic. O ile sam budynek jest przepiękny, tak jego Ogrody, to po prostu cud nad cudami. To właśnie tutaj uwielbiam przychodzić i za każdym razem odkrywam nowe miejsca, chociaż zdawać by się mogło, że już więcej do odkrycia nie ma. Ogrody Alkazaru to jedne z największych ogrodów średniowiecznych w Europie. Jest trochę jak w raju - cyprysy, fontanny, baseny, labirynt, drzewa pomarańczowe i palmy. No kurczę..

Zostawiam Was ze zdjęciami i uciekam na taras trochę się poopalać (jeśli ktoś po powrocie do Polski powie mi - "Byłaś w Hiszpanii? w ogóle się nie opaliłaś" to chyba sobię strzelę w łeb).

.


wtorek, 8 kwietnia 2014

Jak to się stało, że mieszkam w Hiszpanii?

Już na trzecim roku studiów postanowiłam zrobić sobie rok przerwy (powinnam napisać gap year, żeby być bardziej international?), między licencjatem, a magisterką. Skończyłam studia w maju, w czerwcu byłam już w Stanach, jednak wiedziałam, że we wrześniu muszę wrócić i zrobić coś ze swoim życiem.


Drzewa pomarańczowe na mojej ulicy

Wpisywanie się na listy mailingowe i dostawanie milion spamu codziennie w końcu mi się opłaciło i tym sposobem znalazłam gdzieś w mojej skrzynce mail z możliwością wyjazdu na stypendium z walijskim programem Leonardo. Miesiąc kursu językowego i dwa miesiące praktyk w wybranym przez siebie sektorze, wszystko sponsorowane przez Unię Europejską. Na początku pomysł odrzuciłam, bo był to program dla osób studiujących, pracujących lub mieszkających na terenie Walii (z której na szczęście się już wyprowadziłam), ale potem stwierdziłam – czemu nie? I tak, w przerwach w pracy, przez jakieś trzy tygodnie (bardzo mi się nie chciało) wypełniałam aplikację na wyjazd do Niemiec od połowy stycznia. Jak bardzo nienawidzę aplikacji i faktu, że w 80% to od nich zależy czy w ogóle ktoś spojrzy na twoje CV? Bardzo. Europass CV, potem formularze, preferencje wyjazdu, doświadczenie, mocne słabe strony, potem jeszcze parę papierków. Wszystkie dokumenty wysłałam pod koniec września, a po miesiącu dostałam zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną.. w Walii..  Za 6 dni. Wszystko byłoby o wiele prostsze gdybym naprawdę mieszkała w Walii jak tego ode mnie wymagano. No cóż.

Ucieszyłam się bardzo, że mogę odwiedzić ten koniec świata jeszcze raz, i kupiłam chyba najdroższy bilet w swoim życiu na parę dni później. Rozmowa kwalifikacyjna to była tak naprawdę zwyczajna rozmowa, o tym dlaczego aplikuję i co powinnam zmienić w swoim formularzu, żeby na pewno dostać się na program. Cały wyjazd uznałabym za bezsensowny, gdyby nie Jane, moja opiekunka, która zadała mi pytanie: Dlaczego nie Hiszpania? No właśnie, dlaczego nie? Plan był taki, że razem z Tomim wyjedziemy do Niemiec, on do pracy, ja na staż. Niestety, jak to bywa z planami, wszystko się poplątało, Tomi wylądował w Polsce, a ja zmieniłam miejsce wyjazdu. Po rozmowie, jako, że byliśmy już w Walii, postanowiliśmy odwiedzić Aberystwyth, miejsce w którym studiowałam. Padało, było zimno, więc nic nowego. 

Pierwszy spacer w Sewilli
Koniec końców postanowiłam wysłać dwie aplikacje – jedną do Hiszpanii, a jedną do Niemiec – co oczywiście wiązało się z faktem, że musiałam wypełniać wszystkie formularze jeszcze raz (frustracja).

W połowie listopada dostałam wiadomość, że zostałam przyjęta do Sewilli i Hamburga, i wtedy już mogłam wybrać. Wybrałam Hiszpanię jednak tak się stało, że od października mieszkałam i pracowałam już w Budapeszcie, więc cały proces aplikacji trochę się przedłużył (pozdrawiam pocztę) - musiałam przejść test językowy, napisać list motywacyjny po hiszpańsku i wypełnić parę niezbędnych formularzy (np. czy jestem w stanie mieszkać z psem i czy złamałam kiedyś nogę).

Koniec końców – dostałam bilety, adres mojego mieszkania w Hiszpanii, trochę porad jak ułożyć sobie życie na nowo (prościej niż by się wydawało) – i już 1ego lutego siedziałam w samolocie do Sewilli.

Na miejscu, razem z innymi uczestnikami programu, zostałam odebrana przez Miguela, który nie mówił po angielsku, no a ja, hm, nie ma się co oszukiwać - nie mówiłam po hiszpańsku - jednak mój język migowy był na wystarczającym poziomie, żeby mu powiedzieć gdzie mamy jechać i zapytać czy mógłby mi pomóc z walizką.

I tak zaczęła się moja Wielka Hiszpańska Przygoda, która kończy się już za miesiąc i o której zaczęłam pisać za późno, bo jak zwykle nic już nie pamiętam. Typówka.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Jak zacząć bloga?

Problem jest taki, że nie wiem.

Pisałam już w swoim życiu parę blogów i nigdy nie wiedziałam jak zacząć. Powinnam chyba napisać tu coś o sobie, że Kasia, i że fajnie, że podróże, że lubię i że pamiętniki z wakacji.

Ten blog to trochę taki projekt, trochę do pracy, trochę dla siebie. Bardziej pamiętnik, niż przewodnik. Przyda mi się, bo mam słabą pamięć. Nie mam nawet aparatu, żeby zrobić porządne zdjęcia więc wszystko co tu wrzucę będzie prosto z mojego telefonu. Pełen profesjonalizm.

No cóż,
zapraszam.